Futbol śląski w cieniu swastyki

Futbol ponad wszystko. Historia piłki kopanej na Górnym Śląsku. 1939-1945

Futbol śląski w cieniu swastyki

Recenzja książki Mariusza Kowolla

Okładka

Mariusz Kowoll z przytupem wszedł na polski rynek autorów książek sportowych. Jego „Futbol ponad wszystko” to coś zupełnie nowatorskiego i unikalnego, temat do tej pory poruszany jedynie w zarysach. Mimo pewnych niedociągnięć, jeśli chodzi o kompozycję narracji, książka o piłce nożnej na Śląsku w latach 1939-1945 to z pewnością jedna z najważniejszych premier 2019 roku.

Polacy zadebiutowali na mundialu w 1938 r. w słynnym „dreszczowcu w Strasburgu”. Dobrze to znamy – porażka 5:6 po dogrywce z Brazylią i cztery gole Ernesta Wilimowskiego. Oprócz „Eziego” w naszej drużynie zagrało wtedy jeszcze sześciu piłkarzy z Górnego Śląska: Wilhelm Góra, Erwin Nyc, Ewald Dytko, Ryszard Piec, Leonard Piątek i Gerard Wodarz. Cała siódemka w czasie II wojny światowej zdecydowała się występować w niemieckich klubach, które powstały na miejscu polskich. Podobnie postąpił ósmy uczestnik pamiętnego meczu z 5 czerwca 1938 r. Fryderyk Scherfke, który był nawet kierowcą w poznańskim gestapo. Wykorzystywał jednak swoją pozycję do pomocy polskim kolegom, z kolei Erwin Nyc podczas wizyty w Warszawie śpiewał polski hymn i wyklinał Adolfa Hitlera (będąc w mundurze Wehrmachtu). Gerard Wodarz podczas kampanii wrześniowej walczył w polskiej armii, potem spędził kilka lat w Wehrmachcie, by wojnę kończyć jako żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. To tylko mała próba tego, jako powikłane były losy Śląska i Ślązaków.

Sporo na ten temat pisali już m.in. Andrzej Gowarzewski (wciąż nie możemy się doczekać zapowiadanej przez niego od dawna biografii Ernesta Wilimowskiego) i Paweł Czado, ale dopiero Mariusz Kowoll podszedł do trudnego zagadnienia tak kompleksowo. Pracownik naukowy Politechniki Śląskiej i miłośnik historii futbolu przez dziesięć lat przekopywał archiwa w poszukiwaniu informacji o aktywności sportowej na Górnym Śląsku w latach II wojny światowej. Zebrał zupełnie unikalny materiał, który prezentuje nam w książce „Futbol ponad wszystko”, która ukazała się w kwietniu 2019 r.

Rocznik 1980. Górnoślązak, Niemiec, Polak, być może nawet człowiek, co komu pasuje…; piłką nożną interesuję się gdzieś od połowy lat osiemdziesiątych, pasjonując się nie tylko wydarzeniami bieżącymi, ale coraz śmielej odkrywając niezwykłości zdarzeń minionych. Fascynujące, w sam raz, żeby się zatracić. Zupełnie, jak w literaturę, muzykę, filozofię Wschodu, przyjaciół, jedzenie… – taką notkę o Mariuszu Kowollu znajdziemy na portalu NaTemat.pl.

– W 2013 zgodziłem się na transfer do NaTemat, ale albo zawiodła forma, albo myślami byłem już przy książce, bowiem konsekwentnie traciłem animusz do systematycznego wrzucania artykułów. Tak, pragnienie opisania wojennych losów górnośląskiej piłki mocno już wówczas we mnie kiełkowało, a jak mawiał William Blake „kto pragnie, a nie czyni, szerzy zarazę” – przyznał Mariusz Kowoll na swojej stronie internetowej. Faktycznie nie stał się czołowym publicystą tego portalu, a samo zaproszenie na jego łamy było efektem popularnego bloga, który zaczął prowadzić jeszcze w 2010 r. po namowach Pawła Czady.

Wreszcie ukazała się długo zapowiadana przez Kowolla książka – 422 strony pisane małą czcionką, z wielką ilością zdjęć i dokumentów, absolutnie pionierskim wykazem wszystkich meczów rozegranych przez Ernesta Wilimowskiego w latach 1939-1945 oraz rozbudowanym aparatem naukowym (obszerna bibliografia i indeks osobowy). Wiedza, jaką zgromadził Mariusz Kowoll, jest absolutnie fantastyczna, a większość informacji dostępnych w „Futbolu ponad wszystko” to rzeczy nigdzie jeszcze nie prezentowane. Autor przekopał mnóstwo archiwaliów, w czym pomogła mu świetna znajomość języka niemieckiego (szczególnie umiejętność czytania tekstów pisanych szwabachą).




Pewne zastrzeżenia można mieć jedynie do stylu narracji. Autor zrezygnował z prezentowania faktów w sposób chronologiczny i przyjął styl reportażowy. Główną osią książki jest międzypaństwowy mecz Niemcy – Rumunia, który odbył się w Bytomiu 16 sierpnia 1942 r. (Niemcy wygrali 7:0, jedną z bramek strzelił Ernest Wilimowski). Pierwsze strony książki przenoszą nas więc do biura bytomskich oficjeli, u których rośnie napięcie w przededniu wielkiego meczu. Stwarza to jednocześnie okazję do opisu historii powstania Hindenburg-Kampfbahn, gdzie podopieczni Seppa Herbergera podejmowali Rumunów (obecny Stadion im. Edwarda Szymkowiaka, na którym swoje mecze rozgrywa Polonia Bytom). Kolejne akapity to dygresje i dygresje od dygresji, co wprowadza lekki chaos. Co jakiś czas wracamy do motywu przewodniego, czyli wielkiego meczu w niewielkim Bytomiu w środku II wojny światowej, który ostatecznie okazał się „spacerkiem” dla reprezentacji III Rzeszy. Budowanie całej narracji wokół tego meczu wydaje się trochę przesadzone, a sam styl reportażowy niekiedy sprawia wrażenie tworzonego „na siłę”. Podobnie wygląda sprawa przy okazji kolejnych wizyt drużyny Seppa Herbergera na Górnym Śląsku, które także w zamiarze są spoiwem wszystkich opisywanych historii. Ogromny materiał faktograficzny staje się w pewnych momentach ciężarem dla autora, bo brakuje odpowiedniej selekcji informacji kluczowych od tych mniej ważnych. Mariusz Kowoll sam się do tego niejako przyznaje, pisząc na swojej stronie (Fusbal-mk.pl):

[dropshadowbox align=”none” effect=”lifted-both” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”1″ border_color=”#dddddd” ]Książka, a chciałoby się napisać – pierwszy tom, opowieści o zupełnie zapomnianej historii.[/dropshadowbox]

Efektem jego mrówczej pracy jest materiał za duży na jedną książkę. Dodatkowo nikt jeszcze tak kompleksowo nie pisał po polsku o niemieckim futbolu na Śląsku, co tym bardziej może wprawiać w konsternację niezaznajomionego z tematem czytelnika. Wielka zaleta publikacji może stać się więc także jej wadą. Być może zabrakło dobrego redaktora, który pomógłby autorowi uporządkować to wszystko.

To są jednak detale. „Futbol ponad wszystko” to książka, którą trzeba przeczytać za pierwszym razem od deski do deski, a potem jeszcze wielokrotnie wracać do konkretnych fragmentów. Zadziwiające jest, jak przyziemna codzienność klubów piłkarskich przenikała się z największymi okropnościami II wojny światowej:

– Nawet podczas swej straszliwej służby w obozie koncentracyjnym [Ferdinand Ibscher] wcale nie musiał rezygnować z gry w piłkę. Już w październiku 1941 roku powołano do życia Sportgemeinschaft SS Auschwitz, na czele którego stał osobiście Rudolf Höss, komendant obozu koncentracyjnego. Zapewne w praktyce składał jedynie podpisy na niezbędnych dokumentach, faktem jednak pozostaje, że poza tymi wszystkimi przerażającymi tytułami, jakie posiadał, mógł również mienić się prezesem towarzystwa sportowego. W klubie istniały sekcje piłki ręcznej i nożnej oraz lekkiej atletyki i boksu. W mieście funkcjonował jeszcze Sportfreunde Auschwitz (w czerwcu roku 1944 do życia powołany zostanie jeszcze jeden, Betriebssportgemeinschaft Auschwitz, niestety brak informacji, przy jakich zakładach przemysłowych powstał – przyp. MK). Oba występowały jak gdyby nigdy nic w regularnych rozgrywkach ligowych, najpierw na poziomie trzeciej, a później nawet drugiej ligi. W trakcie sezonu 1943/44, po wycofaniu się SS Auschwitz, jego gracze zasilili szeregi Sportfreunde, klubu, który musiał być silnie powiązany z tamtejszym sądem rejonowym, skoro wszyscy trzej znani z imienia i nazwiska prezesi pracowali w tymże. W pierwszych miesiącach 1943 roku powstał w mieście konflikt o użytkowanie jedynego boiska piłkarskiego. Znajdowało się ono w pobliżu rzeki Soła, w linii prostej dosłownie w odległości nie większej niż jeden kilometr od obozu koncentracyjnego KL Auschwitz I. Aż trudno uwierzyć, że w pobliżu tego przerażającego miejsca kaźni w najlepsze rozgrywano zawody sportowe. (s. 222-223)

Stale pojawiającym się problemem w opisywanych przez Mariusza Kowolla historiach są powołania piłkarzy do Wehrmachtu, przez co nie mogli grać dla swoich klubów. Oczywiście w wielu przypadkach młodzi Ślązacy z frontu już nie wracali, jak choćby Alfons Piec, niezwykle utalentowany młodszy brat Ryszarda (reprezentanta Polski) i Jerzego. Po kilku wspaniałych meczach w jego wykonaniu nadszedł smutny finał:

– Po zameldowaniu się w katowickiej komendzie wojskowej, tego samego 22 czerwca został przydzielony do 2. Kompanii 49. Batalionu Zastępczego Piechoty, a po przeszkoleniu 8 września wysłany do jednostki stacjonującej wówczas w Strassburgu. Zaledwie miesiąc później przeniesiony został do 28. Regimentu Strzelców stacjonujących w okolicach miasta Diemiańsk na południowy wschód od jeziora Ilmen, w północnej Rosji, kierunek na Petersburg. W pobliże jeziora jego jednostka przemieściła się w pierwszym miesiącach roku 1943. W tym czasie właściwie zniknął z piłkarskich boisk. Pomimo ponawianych zapowiedzi nie udało mu się uzyskać przepustki na chociażby jedno spotkanie w Pucharze Niemiec podczas pięknej przygody kolegów z TuS Lipine. Jedyna wzmianka, jaka o nim się pojawiła, to udział w ligowym meczu przeciwko Germanii Königshütte. A jest już wówczas wrzesień 1943 roku! Nigdy nie było więcej okazji, aby przekonać się o jego nieprzeciętnym talencie, nie było okazji sprawdzenia, jak mogła potoczyć się kariera, jakich sukcesów i w jakiej reprezentacji mógł się doczekać. Od marca niemieckie wojska wycofywały się na Psków. 8 kwietnia doszło do ataku artyleryjskiego ścigających je wojsk radzieckich w okolicach miejscowości Bolszoj Ussy (niestety, nie udało się dokładnie zidentyfikować tego miejsca – przyp. MK). Śmiertelnie raniony odłamkiem Alfons Piec poległ gdzieś na obcej ziemi, a jego ciało spłonęło. Zgon potwierdził stosownym wpisem w rejestrach Urzędu Stanu Cywilnego Berlin I w dniu 12 marca 1949 roku. (s. 145)

Tym samym Alfons Piec nie mógł doświadczyć pięknej historii (kapitalnie opisanej przez Mariusza Kowolla), jaką był udział w półfinale Pucharu Niemiec małego klubu TuS Lipine, spadkobiercy przedwojennego polskiego Naprzodu Lipiny (obecnie Lipiny są dzielnicą Świętochłowic). Możemy sobie tylko zadać retoryczne pytanie, ile podobnych talentów piłkarskich z Górnego Śląska przepadło w wojennej zawierusze.

Oprócz takich traumatycznych historii, nieodzownych w przypadku czasów wojennych, mamy także w „Futbolu ponad wszystko” masę ciekawostek. Choćby taką, że Minister Lotnictwa III Rzeszy, słynny Herman Göring, wydał polecenie (obowiązywało od stycznia 1941 r.), aby wszyscy żołnierze Luftwaffe występowali tylko i wyłącznie w klubach sportowych sił powietrznych. Za tym jednym ruchem wiele klubów cywilnych straciło swoich podstawowych zawodników. Nie brakuje także historii zupełnie zabawnych, jak przypadki wspominanego już Erwina Nyca (vel Nytza), który:
od czasu do czasu udzielając się w kadrze Berlina, a z nią odwiedzając różne strony, również te dobrze mu znane, warszawskie dzielnice, aby tam po pijaku z dawnymi kolegami z Polonii Warszawa wyzywać Hitlera od najgorszych ku wielkiej frajdzie i takiemu samemu przerażeniu miejscowych. „(s. 316)

Zresztą Erwin Nyc był jednym z tych Ślązaków, który bardzo niechętnie godził się z nowymi porządkami. Konsekwentnie odmawiał przystąpienia do mającego być chlubą niemieckich Ślązaków klubu 1.FC Kattowitz (zlikwidowanego tuż przed wojną przez polskie władze za proniemiecką postawę). Dopiero dwie wizyty na gestapo i groźba wywiezienia do obozu koncentracyjnego zmiękczyły jego opór

Podobnych ciekawostek, zupełnie nieznanych historii i postaci w książce Mariusza Kowolla jest multum. Na wielki plus także dokładne odniesienia topograficzne do dzisiejszych czasów – autor podaje aktualne lokalizacje większości opisywanych przez niego wydarzeń. Od strony graficznej nie można mieć większych zastrzeżeń, okładka robi wrażenie, zdjęcia i dokumenty w środku są dobrze wkomponowane. Drażnią niekiedy czasem literówki, ale tu znów wracamy do kwestii redaktora. Nie ulega jednak wątpliwości, że książka Mariusza Kowolla jest świetna, stanowi kompendium wiedzy na temat do tej pory raczej omijany. Stanowi ona efekt kapitalnej pracy, wymagającej wielkiej pasji i wysokich kwalifikacji. Jest to pozycja absolutnie obowiązkowa dla wszystkich pasjonatów historii piłki nożnej. Polecamy ją z czystym sumieniem i czekamy niecierpliwie na kolejne części.

[dropshadowbox align=”none” effect=”lifted-both” width=”auto” height=”” background_color=”#ffffff” border_width=”1″ border_color=”#dddddd” ]Bartosz Bolesławski[/dropshadowbox]

Książka została przekazana do recenzji przez autora.