Wszystko zaczyna się od marzeń – wywiad z Krzysztofem Wielickim

Rozmawiał Bartosz Bolesławski

fot. materiały prasowe

W 1980 r. pojechał zimą na Mount Everest zbierać doświadczenie, a wszedł na szczyt razem z Leszkiem Cichym. Był jedną z głównych postaci złotej dekady polskiego alpinizmu, w 1996 r. skompletował Koronę Himalajów i Karakorum, a potem kierował polskimi wyprawami w góry najwyższe. Dziś jest szczęśliwym i spełnionym człowiekiem. Z Krzysztofem Wielickim rozmawialiśmy przy okazji premiery jego najnowszej książki „Solo. Moje samotne wspinaczki”.

– Bartosz Bolesławski: Tytuł książki brzmi „Solo. Moje samotne wspinaczki”, ale tak naprawdę jest to opowieść o wejściu na Nangę w 1996 roku…
– Krzysztof Wielicki: Zgadza się, bo to była moja najbardziej solowa wspinaczka. Nie chciałem tworzyć książki na zasadzie, że kolejny rozdział opisuje kolejną wyprawę. Skupiłem się więc na tych kilku dniach pod Nangą, przeplatając to wspomnieniami z innych solowych wspinaczek.

– BB: Książkę napisał pan tylko na podstawie wspomnień czy wspomagał się pan też starymi notatkami?
– KW: Notatki z wypraw mam, ale pisałem głównie z pamięci. Pisałem długo i krótko zarazem. Długo, bo już jakiś czas temu zobowiązałem się do jej napisania, ale byłem leniwy i nie mogłem się do tego zabrać. Wydawnictwo zaczęło się jednak upominać, więc w końcu usiadłem i całość powstała w dwa miesiące.

– BB: Minęło trochę ponad dwa lata od premiery książki „Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało” (Agora, 2019). Będzie chciał pan coś jeszcze wydać?
– KW: Chyba nie… Choć niektórzy przyjaciele namawiają mnie do napisania książki pod roboczym tytułem „Góry i przyjaciele”, poświęconej alpinistom, których już z nami nie ma. Niekoniecznie ja to muszę napisać, ale warto, aby coś takiego powstało. Wielu z tych wspaniałych ludzi jest już trochę zapomnianych, a przecież oni też tworzyli złotą dekadę polskiego alpinizmu. Dobrze byłoby o nich przypomnieć młodszemu pokoleniu.

– BB: Uprzedził pan moje następne pytanie, bo chciałem się właśnie zapytać, jakich górskich książek brakuje panu na rynku.
– KW: No to właśnie czegoś takiego. Dzisiaj każdy patrzy, kto wejdzie szybciej, wyżej, jak to się sprzeda w mediach itp. A nie można zapominać o przeszłości, bo tylko w oparciu o nią można budować przyszłość. Mamy biografie Jerzego Kukuczki, Wandy Rutkiewicz i wielu innych, są także publikacje o konkretnych górach czy wyprawach, ale brakuje takiej ogólnej opowieści o tych czasach i ludziach. Może napiszę to ja, może ktoś inny – to zupełnie nieważne. Ważne, aby coś takiego powstało.

– BB: Ja bym jeszcze dodał do tego coś na temat etyki i filozofii górskiej. Temat wywołał Wojciech Kurtyka swoim głośnym wywiadem („Polski himalaizm ma na koncie igrzyska śmierci i przemilczane oszustwa wspinaczkowe”, Gazeta Wyborcza, 23 kwietnia 2021 r.). Była pańska odpowiedź, że „Wojtek Kurtyka nie ma prawa narzucać nikomu swojej filozofii”. No właśnie – może o tym powinno się więcej pisać?
– KW: Marek Raganowicz pisze o tym dużo i pięknie. Trzeba pamiętać, że temat nie jest łatwy, bo sprowadza się do podstawowego pytania: po co ludzie się wspinają? Na pewno nie po medale i pieniądze, choć to z pewnością miły dodatek.

– BB: Dlaczego zatem wspina się Krzysztof Wielicki?
– KW: To bardzo intymna sprawa i dobrze, jeśli sami do końca nie wiemy. Gdyby wszystko było takie oczywiste, stałoby się mniej ciekawsze, zostałoby odarte z emocji. W góry ciągnie nas marzenie, wyzwanie i nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co nas tam spotka. Jest tak wiele niewiadomych: pogoda, ściana, koledzy… Może tu chodzi o budowanie samego siebie? Człowiek całe życie się buduje, drobnymi osiągnięciami, w różnych dziedzinach. To takie małe Everesty, dzięki którym klatka piersiowa poszerza się do orderów. Wszystko zaczyna się od marzeń, bez nich nikt by w góry nie jeździł. Nawet zwykli turyści marzą, że gdzieś wejdą, zaliczą jakąś trasę, czegoś dokonają… W górach jest zawsze coś za horyzontem i chcemy sprawdzić, co tam jest. Odkrywanie świata nieodkrytego jest niezwykle pociągające. Każdy ma swój Everest, albo „każdy ma swoje Westerplatte”, jak mówił papież Jan Paweł II w Gdańsku w 1987 r. Trzeba mieć cel, swój Everest, obojętnie gdzie. To wcale nie muszą być góry. Gdy nie ma celu, to nie ma życia.

– BB: Tytuły rozdziałów pana książki to uczucia, jest np. niepokój. A panika? Zdarzyło się panu wpaść w panikę w górach?
– KW: Nigdy nie panikowałem, choć dwa razy byłem w pułapce. Nie wiedziałem, co dalej – w górę nie mogę, w dół też, jestem sam, znikąd pomocy. Ale może właśnie o to chodzi, żeby się sprawdzić w takiej sytuacji? Nie planowałem tych pułapek, ale kiedy tak się walczy o przetrwanie, to człowiek czuje, że żyje.

– BB: Ponoć ludzie panikujący w górach dużo więcej energii tracą na panikę niż na walkę o przetrwanie. I dlatego giną. Zgadza się pan?
– KW: Coś w tym jest. U mnie efekt był taki, że nagle ktoś mi się pojawiał. Taki anioł stróż, bez imienia, bez twarzy, którego mogłem się poradzić. Konsultowałem się z nim podświadomie – czy iść w lewo, czy w prawo, którym zacięciem itd. Człowiek jest zwierzęciem stadnym, w trudnej sytuacji liczy na pomoc. Dwa razy tego doświadczyłem, na Dhaulagiri i Sziszapangmie – taki „przyjaciel” pojawiał się nagle i nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie to działało. Pomogło też pewnie duże doświadczenie w górach. Jako umysł ścisły nie panikuję, ale bywało, że gorączkowo szukałem rozwiązania.

– BB: To ta słynna sytuacja, kiedy rozlewał pan w namiocie herbatę do dwóch kubków. To były omamy czy jednak cały czas zachowywał pan racjonalność?
– KW: Nie wiem, raczej coś w stylu odruchu Pawłowa. Nie umiem tego wytłumaczyć.

– BB: A jak pan wytłumaczy opisany w książce 24-godzinny sen na Gnieździe Orłów podczas samotnej wspinaczki na Nanga Parbat?
– KW: Lekarze potwierdzają, że w pewnych ekstremalnych sytuacjach można popaść w stan takiej błogości pomiędzy jawą i snem. Mózg ma wtedy duże pole do popisu, surfuje po płatach pamięci, nawet tych bardzo odległych. Dlatego przedstawiały mi się obrazki z dzieciństwa, które już dawno zapomniałem. Przyczyną mogły być leki, których wziąłem za dużo, albo zmęczenie całonocną wspinaczką. Pewnie jedno i drugie.
Znajomi często pytają w żartach: „stary, co trzeba zrobić, żeby mieć taki odjazd?”. Mówię, że trzeba wziąć tabletki – z tym nie ma problemu, odpowiadają. Ale trzeba też zrobić nocą Drogę Kinshofera – oo, to już poważniejsza sprawa. Jeden jedyny raz w życiu zdarzyła mi się taka śpiączka. Tłumaczy się to często niedotlenieniem, ale nie w tym przypadku, bo byłem dobrze zaaklimatyzowany po wejściu na K2. Tabletki plus wielkie wyczerpanie dały taki efekt.

– BB: Czy tu na dole sytuacje z wypraw wracają w snach?
– KW: Nie. Różne mam sny, ale górskie to rzadkość. Nie wiem czemu. Mózg to zagadka.

– BB: Najpiękniejsze przeżycie w górach? Wspomnienie?
– KW: W 1988 r. schodziłem samotnie z Lhotse, byłem już u kresu sił. Zacząłem „odpływać”, ale wtedy zobaczyłem Leszka Cichego, który szedł w moją stronę. Dało mi to niesamowitego powera. Fizycznie mi w żaden sposób nie pomógł, ale ta świadomość jego obecności była niezwykle ważna. Wtedy zrozumiałem, na czym polega partnerstwo psychiczne. Ostatkiem sił doszedłem do namiotu, w którym Leszek gotował dla mnie herbatę. Jedno z moich najpiękniejszych wspomnień.

– BB: Prawdziwe partnerstwo, braterstwo liny.
– KW: Wiązanie się liną to partnerstwo fizyczne. Ale w tym przypadku mowa o partnerstwie psychicznym, które dało mi siłę do zejścia.

– BB: Kiedy bardziej można poczuć magię gór – w wyprawach solo czy z partnerami?
– KW: Nigdy nie wyjeżdżałem samotnie, dla mnie góry to ludzie, zespół. Te moje samotne wejścia wynikały z głodu emocji, szukałem dodatkowych przeżyć. Siedziałem w bazie, dumałem i nagle stwierdzałem, że chcę coś dołożyć, zrobić dodatkową drogę czy wejście. Chciałem sprawdzić, jak daleko mogę przesunąć poprzeczkę swoich możliwości.

– BB: To ciekawe, bo w wielu książkach czy wywiadach spotkałem się z opiniami alpinistów, że w górach pociąga ich samotność, obcowanie z potęgą przyrody. Pan nie szukał takiej samotności?
– KW: Nie. Zawsze szukałem ludzi, jestem ekstrawertykiem. Solowe wejścia wynikały z tej zachłanności na emocje, nie było to w żadnym wypadku poszukiwanie samotności. Przy okazji dopisywało szczęście, bo bez niego nie da się tej poprzeczki możliwości przesuwać.

– BB: Jak ważne w górach jest szczęście?
– KW: Szczęście to dla mnie uczucie ciągłe: życie zgodnie z marzeniami, w otoczeniu bliskich. Natomiast w górach potrzebny jest luck, traf, coś jednorazowego. Nie wszyscy to mieli, bo wielu moich przyjaciół zostało tam na zawsze. Mnie ten luck dopisywał, co jest dość zaskakujące – wspinając się przez pół wieku, spędziłem w górach jakieś 8-9 lat. Podchodząc statystycznie, coś musiało się zdarzyć w tym czasie. Każdy popełnia błędy, ja też popełniałem. Ale udało mi się przetrwać i jestem szczęśliwy, bo zrealizowałem w górach marzenia. A od marzeń wszystko się zaczyna.

– BB: Na pewno miał pan dużo lucku podczas samotnego wejścia na Nangę. Czy ta wyprawa była rozważna?
– KW: Kiedy rozmawiam z młodszymi kolegami, to zawsze podaję ją jako przykład, czego w górach robić nie należy. Był to kompletny brak rozwagi. Jechałem pod Nangę z nadzieją, że pogoda się może popsuje i będę miał dobrą wymówkę. Ale pogoda była piękna, mój pakistański przewodnik mnie zachęcał, no i się zdecydowałem. Kiedy dotarłem na łączkę na wysokości 4000 m to wiedziałem, że jak na niej trochę posiedzę, to rozwaga weźmie górę i zawrócę. Poszedłem więc od razu w ścianę. Po raz kolejny dopisał mi luck – wszedłem na szczyt i bezpiecznie zszedłem. Drugi raz bym czegoś takiego nie zrobił.

– BB: Był pan wówczas świeżo po udanej wyprawie na K2 z Piotrem Pustelnikiem i Ryszardem Pawłowskim. W książce pisze pan, że podczas drogi spod K2 do Chilas w ogóle nie rozmawialiście o Nandze. A czy po latach wracaliście do tych dni?
– KW: Nie. Nie mam pojęcia, co oni sobie wtedy myśleli. Ale znają mnie przecież i wiedzieli, że jak sobie coś wymyśliłem, to i tak to zrobię. W Chilas pewnie myśleli, że posiedzę sobie chwilę pod górą i wrócę do Polski. Liczyli na mój rozsądek. No ale ja wtedy nie byłem rozsądny i poszedłem na górę.

– BB: Musimy też poruszyć temat zimowego wejścia na K2…
– KW: Game is over…

– BB: Co pan czuł, jak dziesięciu Nepalczyków weszło na szczyt?
– KW: Gratulowałem im szczerze, choć był też pewien niedosyt – trzy razy atakowałem K2 zimą i się nie udało. Ale gdyby mieli to zrobić Kazachowie, Hiszpanie czy Włosi, to może lepiej, że dokonali tego Szerpowie. Dzięki temu odzyskali tożsamość, bo wcześniej byli no name. Ciężko pracowali w górach, ale kiedy udało się zdobyć szczyt, to media pisały, że wszedł X, Y i Z oraz czterech Szerpów. Teraz wreszcie mają nazwiska, zapisali się w historii himalaizmu. Mieli oczywiście dużo szczęścia, bo na górze w ogóle nie wiało, co zimą prawie się nie zdarza. Ale szczęście sprzyja dobrym. Zrobili wyprawę oblężniczą w starym stylu, 40 Szerpów błyskawicznie wykonało całą logistykę i kiedy pojawiły się dwa dni okna pogodowego, świetnie to wykorzystali. Szczerze im gratuluję i doceniam ich sukces. Eksploracja zimowa ośmiotysięczników się skończyła. Nie my weszliśmy na K2 zimą, ale nikt nam nie odbierze miana „lodowych wojowników”. Alpiniści z całego świata tak nas postrzegają i jest to coś pięknego.

– BB: Przy okazji tego wejścia dużo zamieszania zrobił Adam Bielecki, który napisał na Twitterze: „(…) Gra trwa nadal. Wiadomo było, że na K2 zimą da się wejść z tlenem. Dla mnie prawdziwe pytanie brzmi: Czy, kiedy i komu uda się wejść na ten szczyt bez dopingu?”. Nie za ostro?
– KW: Adam miał na myśli poprawianie stylu i to oczywiście będzie miało miejsce, bo białych plam w Himalajach jest już bardzo mało. A styl zawsze można poprawić – Edmund Hillary i Tenzing Norgay weszli na Everest z tlenem, potem Peter Habeler i Reinhold Messner zrobili to bez tlenu, po czym ja z Leszkiem Cichym udowodniłem, że można tam też wejść zimą. Styl zawsze można poprawić i zachęcam do tego młodszych kolegów. Co nie zmienia faktu, że Nepalczycy byli pierwsi i za to trzeba im oddać cześć.

– BB: Nirmal Purja szedł bez tlenu, ale miał wokół siebie dziewięciu ludzi z butlami. Gdyby wpadł w kłopoty, w każdej chwili mógłby z tego tlenu skorzystać.
– KW: Postać Nirmala Purji to osobny temat. Niewątpliwie bardzo mocny facet i jego zimowe wejście na K2 przeszło do historii. Mam jednak mieszane uczucia co do jego wejścia na 14 ośmiotysięczników w siedem miesięcy. Uznaję to za sukces logistyczny, ale nie za bardzo wpisuje się to w historię himalaizmu.

– BB: Czyli bardziej event PR?
– KW: W mediach to się sprzedaje, bo Messner robił Koronę Himalajów i Karakorum 16 lat, Kukuczka 8 lat, a tu facet załatwił sprawę w 7 miesięcy. Czy to oznacza, że jest lepszy? Mam wątpliwości. To też znak czasów, bo dzisiaj takie wożenie helikopterem spod jednego szczytu na drugi jest możliwe, dawniej nie wchodziło to w rachubę. Oczywiście Korona 8-tysięczników w 7 miesięcy to spore osiągnięcie i ciekawostka alpinistyczna, ale nie umywa się do pierwszego wejścia Hillary’ego i Torgaya, wspaniałych osiągnięć Anglików Chrisa Bonningtona i Douga Scotta na Baintha Brakk w 1977 r. czy wejścia Wandy Rutkiewicz na Mount Everest rok później.

– BB: Jakie dziś są największe wyzwania w świecie alpinizmu?
– KW: Do zdobycia jest wciąż wiele wysokich 7-tysięczników. Taka eksploracja jest szczególnie ciekawa dla alpinistów, którzy lubią wspinać się zimą. Poza tym można poprawiać styl wcześniejszych wejść, o czym już mówiłem. Dzisiejsze wspinanie jest dużo bardziej komercyjne. Moje pokolenie miało poczucie misji, że trzeba pisać historię, wypełniać białe plamy w światowej wspinaczce. Może zabrzmi to górnolotnie, ale robiliśmy to dla Polski, była rywalizacja z Niemcami, Rosjanami czy Włochami. Teraz chodzi o przyjemność i samorealizację. Nie przeszkadza wielu wspinaczom, że na Mount Everest drogą klasyczną weszły już tysiące ludzie, bo każdy pisze swoją historię, buduje renomę swojego nazwiska. Zostało może kilkanaście osób na świecie, które wciąż do alpinizmu podchodzą profesjonalnie i bardzo ambitnie.

– BB: Taką osobą na pewno jest Denis Urubko, z którym miał pan pewne przejścia…
– KW: E tam, Denis to mój przyjaciel. Przejścia jakieś tam mieliśmy, bo nie jest prostym facetem. Jak większość alpinistów.

– BB: Jak pan odebrał wiadomość o zakończeniu przez niego kariery?
– KW: Denis często zmienia filozofię. Deklarował, że teraz tylko wspinaczka skałkowa, potem stwierdził, że może warto byłoby pobić rekord Juanito Oiarzabala i wejść jeszcze cztery razy na ośmiotysięcznik [Oiarzabal 26 razy wchodził na szczyty 8-tysięczne, najwięcej w historii, Urubko ma w tej chwili 23 wejścia – przyp. BB]. Trochę się więc Denis miota, być może media mają na to wpływ. Trudny charakter, podobnie jak Kukuczka, Wanda, Kurtyka czy ja. Do tego kochliwy bardzo, czego mu ludzie zazdroszczą, ośmioro dzieci…

– BB: Może będzie musiał robić wyprawy komercyjne, żeby zarobić na tę gromadkę dzieci?
– KW: Takiej potrzeby raczej nie będzie, bo Denis sobie radzi ze sponsorami. Ciężko powiedzieć, w jakim kierunku pójdzie. Ciągle jest w biegu, jeszcze nie osiadł na laurach.

– BB: A da się w ogóle zakończyć karierę wspinacza? Czy można pewnego dnia po prostu przestać się wspinać?
– KW: Nie, to jest tylko kwestia obniżania poprzeczki. Alpinizm można uprawiać do końca życia. Jedynym problemem jest wyczucie, kiedy i jak obniżać tę poprzeczkę. Każdemu wydaje się, że wciąż jest silny i może dużo, ale organizm ma swoje prawa. Czasem też pewne życiowe sprawy wpływają na to, że człowiek jest mnie zachłanny na emocje w górach. W moim przypadku hamulcem okazał się późny syn.

– BB: W tym kontekście ciekawa jest biografia Leszka Cichego, który po 1989 r. stał się maklerem i finansistą, odpuszczając wspinaczkę w Himalajach i Karakorum.
– KW: Leszek zrobił to, co chciał zrobić w górach, i zaczął się realizować na innych polach. Ludzie z różnych powodów przestają się wspinać: praca zawodowa nie dająca się pogodzić ze wspinaczką, ciekawe propozycje biznesowe, sprawy rodzinne. Alpinista raczej nie rezygnuje z powodu śmierci kolegi na wyprawie. Znam tylko jedną osobę, którą trauma po tragicznej wyprawie powstrzymała od dalszego wspinania się.

– BB: Walenty Fiut był niezwykle zdolnym alpinistą, ale po poważnym wypadku już nie wrócił do wspinaczki.
– KW: Zdarzyło się to na kierowanej przez mnie wyprawie na Lhotse w 1987 r. Walek po niej zrezygnował i była to jego świadoma decyzja. On się wtedy bardzo porozbijał i miał duże problemy z biodrem. Nie był w stanie dalej się wspinać na najwyższym poziomie. Na tej wyprawie zginął też jego przyjaciel Czesiek Jakiel, ale to nie ta trauma była przyczyną zerwania ze wspinaczką.

– BB: Takie rzeczy są wkalkulowane w alpinizm.
– KW: Zgadza się, ale każdy też wierzy, że sobie poradzi i wróci. Ta wiara, choć nieuzasadniona, jest niezbędna.

– BB: W naszej rozmowie czasy współczesne przeplatają się z tą słynną złotą dekadą polskiego alpinizmu. Czy możemy uznać ją za coś wyjątkowego w historii polskiego sportu? Zakładając oczywiście, że alpinizm to sport.
– KW: W alpinizmie są elementy rywalizacji sportowej, ale to jest coś więcej niż sport. Swoistym paradoksem jest to, że wtedy w kraju panowała bieda i beznadzieja, a my odnosiliśmy tak wielkie sukcesy w Himalajach i Karakorum. Wpływ na to miała chęć dołączenia do światowej czołówki i wpisania się na karty historii. Nie mogliśmy uczestniczyć w wielkiej eksploracji lat 1950-1964 i staraliśmy się nadrobić stracony czas. Gdzieś też słyszałem opinię, że Polacy zawsze sobie radzą lepiej, kiedy mają konkretnego wroga. Mieliśmy po prostu o co walczyć, przemawiała przez nas pewna misyjność – chcieliśmy zdobywać szczyty dla siebie, ale też i dla Polski. I ta wielka motywacja sprawiła, że faktycznie zapisaliśmy piękne karty w światowej historii.

– BB: Bernadette McDonald twierdzi przewrotnie, że Polakom, w przeciwieństwie do przedstawicieli państw zachodnich, łatwiej było przetrwać trzy miesiące w górach, bo rzeczywistość w kraju nie była wiele lepsza. Po prostu nam się aż tak nie śpieszyło z powrotem do kraju. Zgadza się pan?
– KW: Tak, myśmy się przecież nawet pozwalniali z roboty, żeby mieć więcej czasu na góry. One były na pierwszym miejscu.

– BB: Jakie pan ma jeszcze plany górskie?
– KW: Oj tam… Cały czas się wspinam, ale mam małoletniego syna i po jego urodzeniu zdecydowałem się obniżyć poprzeczkę. Pojawiła się waga, szalki – z jednej strony kolejne sukcesy górskie, a z drugiej syn, który mnie potrzebuje. Gdybym dzisiaj zrobił jakieś ryzykowne i spektakularne wejście, niewiele by to w moim ogólnym dorobku zmieniło. A gdyby coś się stało, straciłbym bardzo dużo. Obecnie podchodzę eksploracyjnie do swojego wspinania. Ośmiotysięczniki nie wchodzą już w grę, ale uwielbiam jeździć w dziewicze góry, trochę niższe, oddalone od ludzi. Nikogo tam nie ma, trzeba studiować mapy, szukać przejść, można się poczuć jak dawni pionierzy. Poza tym ja już nic nie muszę. Jeśli wejdę, to bardzo dobrze, ale jeśli nie, nic się nie dzieje. Jeżdżę więc z przyjaciółmi, bez mediów, i spędzamy piękny czas w górach. Wszystko tylko i wyłącznie dla własnej radości.

– BB: Syna Krzysztofa juniora ponoć bardziej ciągnie do futbolu niż do wspinaczki?
– KW: On „góralstwa” nie uprawia, ale zupełnie się tym nie przejmuję. W naszym środowisku rzadko się zdarza, żeby dzieci szły w ślady rodziców. Ja również absolutnie na niego nie naciskam. Ważne, żeby dzieci chciały coś robić i nie trzeba było ich wykopywać z domu.

– BB: Czego Polacy mogą jeszcze dokonać w alpinizmie, aby zapisać kolejne piękne karty historii?
– KW: Z wielkich celów w Himalajach to już niewiele zostało. Jeszcze raz powtórzę, że warto poprawiać styl, bo rozwój cywilizacji daje wiele sposobności, żeby coś zrobić lepiej. Poza tym warto zająć się niższymi szczytami, które niekiedy są tylko 50 m poniżej 8000 m. Nie można mieć klapek na oczach i ograniczać się tylko do 14 x 8000. No i trzeba to robić zimą. Dlaczego? Bo zima jest bardziej wymagająca, trzeba być niesamowicie mocnym psychicznie. Nie każdy się do tego nadaje.

– BB: Czego można życzyć Krzysztofowi Wielickiemu na 2022 rok?
– KW: Bo ja wiem? Żebym został przy górach jak najdłużej. I zdrowia. Chciałbym umrzeć w jednej chwili i nigdy nie być samotnym. Nie starość jest straszna, a samotność właśnie.