Tomasz Gawędzki: „Wydawnictwo Arena pomaga mi spełniać marzenia”

Jak to było naprawdę

9

Tomasz Gawędzki: „Wydawnictwo Arena pomaga mi spełniać marzenia”

Wywiad z autorem książki i szefem Wydawnictwa Arena

Tomasz Gawędzki: „Wydawnictwo Arena pomaga mi spełniać marzenia”

Niespodziewanie, bo bez większych zapowiedzi, na rynku polskiej literatury sportowej pojawił się nowy gracz – Wydawnictwo Arena. Na czele projektu stanął Tomasz Gawędzki – autor książki o historii Cracovii, wydanej w 2016 roku. Z dyrektorem Areny rozmawialiśmy zarówno o wspomnianej publikacji, jak i jego planach na działalność wydawnictwa.

Krzysztof Baranowski, Sportowa Książka Roku: – Najpierw chciałbym porozmawiać z Tomaszem Gawędzkim-autorem, a nie Tomaszem Gawędzkim, jako szefem wydawnictwa. Pracowałeś dla Cracovii, z której odszedłeś w 2012 roku, minęły cztery lata i wtedy pojawiła się Twoja książka o tym klubie. To był autorski pomysł, z którym zgłosiłeś się do Wydawnictwa SQN, czy to ono wyszło z inicjatywą po sukcesie „Snu o potędze” Mateusza Migi?

Tomasz Gawędzki: Tak, najpierw ukazała się książka o Wiśle Kraków, wówczas SQN się zreflektował, że wcześniej jednak była Cracovia. Daty są umowne, do dziś trwają spory, kto był pierwszy, Wisła czy Cracovia, ale z dokumentów wynika, że jednak Cracovia. Stwierdzili, że skoro wydali książkę o Wiśle, skądinąd świetną, to pasuje, żeby opowiedzieć także o jej rywalu. Uznali, że jako były rzecznik będę miał coś więcej do powiedzenia w tym temacie, niż osoba niezwiązana z klubem. Był to plus i minus. Z wielu rzeczy, które chciałem w tej publikacji umieścić, musiałem zrezygnować.

KB: Dlaczego?

TG: Dla świętego spokoju. Wiem, że ich wyjaśnianie trwałoby latami, niektórzy mieliby pretensje o pewne rzeczy. Tym bardziej, że z zawodnikami żyłem bardzo dobrze i chciałem, aby tak zostało. Warto było jednak to zrobić, bo po tych dwóch latach od jej ukazania się, widzę, że książka krąży po świecie nie tylko kibiców, ale też ludzi, którzy piszą o sporcie, o historii sportu przedwojennego. W materiałach, które czytam, moja książka pojawia się jako źródło. To daje satysfakcję, że praca nie poszła na marne.

„Cracovia znaczy Kraków. Historia w pasy”, Wydawnictwo SQN, 2016 / FOT. Krzysztof Baranowski, Sportowa Książka Roku

KB: Idąc dalej tym tropem przypominam sobie, że w recenzji książki pisałem, że ma ona dwie części – w połowie dochodzisz zaledwie do wczesnych lat istnienia klubu, a po przekroczeniu 200 stron opowieść znacznie przyspiesza.

TG: Teraźniejsze dzieje zespołu są spokojnie do znalezienia w gazetach, czy archiwach. Informacji o czasach do wybuchu pierwszej wojny światowej było najmniej, więc moim celem było zrobienie w tej kwestii możliwie najwięcej. Odwiedzanie bibliotek, grzebanie w starych materiałach, spotykanie się z ludźmi, którzy pamiętają jeszcze Cracovię z tamtych lat, jak Jerzy Łudzik, czy Pan Kolasa – jedyny żyjący jeszcze ostatni mistrz Polski z „Pasami” w 1948 roku. To były bardzo cenne spotkania, a najciekawszym z nich było dotarcie do córki Józefa Kałuży, 94-letniej aktualnie kobiety, która jest już mocno schorowana, ale wtedy, gdy rozmawialiśmy, wykazała się niesamowitą pamięcią. To w ogóle kapitalna postać – profesor anglistyki, wykazała się świetną pamięcią, jest wielką fanką Manchesteru United. Tak jak papież zawsze pytał „Jak tam moja Cracovia”, tak podczas spotkania zauważając na mojej ręce zegarek „Czerwonych Diabłów” od razu zapytała: „Jak tam moje United?”.

KB: Wartościowe spotkania.

TG: Wniosły dużą wartość do tej książki, tym bardziej, że Pani Irena wyjaśniła wiele spraw związanych z ojcem – jak umarł, na co chorował, co się z nim działo po zakończeniu kariery. Dowiedziałem się dużo nowych, ciekawych rzeczy, których nikt jeszcze nie publikował. Zresztą, to był jej pierwszy wywiad, którego udzieliła w związku z Cracovią i wychodzi na to, że ostatni…

KB: Kiedyś Paweł Czado w wywiadzie dla nas stwierdził ważną rzecz – autor książki nie może pisać co wie, tylko wiedzieć, co pisze. Czy jak siadłeś do pracy nad swoją publikacją od razu wiedziałeś, co w niej zawrzesz, czy pojawił się ten element zawahania?

TG: Wiedziałem, od czego zacząć, ale miałem strasznie mało czasu – 9 miesięcy na zmieszczenie 110 lat historii na niewiele ponad trzystu stronach. Tak zakładał pierwotny projekt. Napisałem ostatecznie ponad pięćset, więc i tak dużo musiałem uciąć, aby książka skończyła się na około 400 stronach (dokładnie 456 z wkładką zdjęciową – przyp. red.). Tutaj miałem dylemat co skrócić, bo wyrzucić nie mogłem, nie mogłem zrobić dziury w historii.

KB: Wspomniałeś, że części wydarzeń, których byłeś świadkiem z oczywistych powodów nie zawarłeś w książce. Teraz, kiedy książka jest na rynku już dwa lata i masz ją w ręce, przychodzą Ci z perspektywy czasu takie myśli, że były historie, które jednak warto było w niej zamieścić?

TG: Była taka historia, związana ze świętej pamięci Panem Maciejem Madeją – legendarnym kierownikiem Cracovii. Jest wewnątrz obszerny wywiad z nim, ale było kilka innych ciekawych anegdot związanych z nim i z Wojciechem Stawowym, które pokazywały drogę przez niższe ligi aż do Ekstraklasy. To nie były historie związane z korupcją i handlowaniem meczami – nic aż tak sensacyjnego. To były bardziej historie przedstawiające Stawowego nie jako trenera, ale jako człowieka, głęboko wierzącego. Jednak z racji tego, że znamy się dobrze, nie chciałem zdradzać jego prywatnych, rodzinnych tematów.

Skomentuj: