Roberto Baggio. Włoski bóg futbolu Recenzja

Roberto Baggio. Włoski bóg futbolu

Okładka

Jak rozumieć boskość? Jako posiadanie mocy sprawczej w sytuacjach beznadziejnych? Jako wynoszenie na piedestał przez naszych wyznawców? Może jako wewnętrzną siłę i spokój, które objawiając się wokół danej postaci wpływają na wszystkich dookoła? Wszystkie te cechy przypisać można by Roberto Baggio – „boskiemu kucykowi”, jak głosi oryginalny tytuł książki Raffaele Nappiego, do którego przylgnęła jednocześnie łatka przeklętego geniusza. Wielkiego zawodnika, który niczego wielkiego nie wygrał.

Wiadomość o wydaniu polskiej wersji książki „Divin Codino” była dla wielu sympatyków włoskiego futbolu niczym manna z nieba. W drugiej połowie maja 2019 roku Wydawnictwo Arena na dwustu stronach przetłumaczonych przez Aleksandrę Pauksztę postanowiło przedstawić nietypową historię człowieka, którego postać odwzorowywano w grach komputerowych, bajkach anime, reklamach i teledyskach. Tragizm i romantyzm – te dwa stany nieustannie się tu przeplatają.

Absolutnie nie można stwierdzić, że „Włoski bóg futbolu” jest biografią. Koncepcja tej opowieści skupia się na zaledwie kilku, ściśle określonych fragmentach życia sportowca, próbując przeanalizować ich wpływ na rozwój Baggio jako człowieka i piłkarza. Już sam początek wprowadza czytelnika w zdezorientowanie, gdy w ramach wstępu czytamy o pojedynku Bułgarii z Francją i rajdach Christo Stoiczkowa.

– Pomyliłem książki?
– Nie, na okładce wciąż jest Baggio…
– To o co chodzi?

Nappi postanowił w ten sposób zbudować tło do opisu półfinałowego pojedynku bałkańskiego rywala właśnie z reprezentacją Włoch, którą reprezentował główny bohater opowieści. Nietypowe i zaskakujące zarazem. Podobnie potraktowany jest wątek gry w duecie ze Stefano Borgonovo, który dostał na łamach tej publikacji sporo miejsca.

„Divin Codino” jest tytułem nastawionym na mitologizację głównego bohatera, co nieco razi. Nappi zwykle przesadza – najpierw ciekawie buduje wątki podejmowanych przez Baggio decyzji, by później pójść w niezwykle patetyczne tony. Mimo to trafnie charakteryzuje pewne aspekty naszego życia. Bo co wspólnego może mieć pogrzeb z meczem piłkarskim? Albo z grą? Albo z życiem? Jaki jest sens śpiewania przez kibiców nad trumną osoby związanej z klubem, gdy zwykle taka chwila wymaga ciszy, skupienia i spokoju? Być może myślimy wówczas o tych wszystkich chwilach na stadionie, które rozbudzają w nas emocje. Bo – jak słusznie zauważa Nappi – życie to jeden długi zlepek chwil i emocji.


Paradoksalnie, „Włoski bóg futbolu” to książka bardzo dobra i bardzo zła jednocześnie. Dobra, bo cechuje się oryginalną koncepcją, niespotykaną w wielu publikacjach sportowych. Ma przemyślany styl, który potrafi urzec. Z drugiej strony Nappi przesadza, pisze często zbyt podniośle, czym potrafi odrzucić od dalszej lektury. Ostatecznie sięgnąć po nią warto, by poznać fenomen jednego z tych zawodników, którego koszulki obecne były na wszystkich podwórkach w latach 90. ubiegłego wieku.

Należy również zaznaczyć, że polskie wydanie cechuje się świetną oprawą graficzną, przygotowaną przez Łukasza Koska. O ile nie jestem fanem wkładek zdjęciowych, ponieważ niewiele wnoszą do lektury, to ilustracje znajdujące się wewnątrz tej książki są po prostu śliczne!

Krzysiek Baranowski