Mistrzowie bez tytułu Recenzja

Mistrzowie bez tytułu

9.1

Okładka

Jak słusznie zauważył jeden z bohaterów książki, wszystkie kraje byłego bloku sowieckiego po jego rozpadzie miały lub mają w swojej historii jedno dobre piłkarskie pokolenie – pokolenie zawodników, gwarantujących w miarę przyzwoite sukcesy. Rumuni mieli erę Hagiego, Polska ma Lewandowskiego, czy Słowacy Hamsika i jego kolegów. Tylko Węgrzy żyją zamierzchłą przeszłością. Przeszłością określaną w ich języku jako „Aranycsapat„.

15 października 2018 roku swoją premierę miała książka trzech autorów – Norberta Tkacza, Daniela Karasia i Davida Zeisky`ego – poświęcona węgierskiej drużynie narodowej, która określana jest jako „Złota jedenastka”. „Mistrzowie bez tytułu”, bo taki tytuł nosi ta opowieść wydana przez Wydawnictwo Arena, to zapis rozmów ze znawcami tutejszego futbolu, którzy opowiadają o tej fenomenalnej drużynie. Na jej temat krążą legendy. Zespół nie przegrał 32. kolejnych meczów międzypaństwowych, zdobywając w międzyczasie złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach (1952) i wicemistrzostwo świata FIFA w Szwajcarii, gdzie 4 lipca 1954 roku drużyna musiała uznać wyższość rywala z RFN. Ta porażka ugruntowała jednak wizerunek 11. zawodników, o których pamięć zepchnięto w mroki historii na wiele lat. Fraza „jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz” pasuje tutaj doskonale.

Na początek porozmawiajmy o minusach tej publikacji. Książkę tworzyła trójka autorów. W związku z tym, zdarza im się nader często rozpoczynać rozdział pisząc w liczbie pojedynczej („byłem”, „widziałem”), by za chwilę – jeszcze w ramach wstępu do wywiadu – przejść do liczby mnogiej („zaraz spotkamy się z…”, itd.). O ile czasem struktura zdania, czy kontekst wypowiedzi pozwala przyjąć taką nagłą zmianę formy bezkrytycznie, to w pierwszych rozdziałach takie podejście do narracji wprowadza zamieszanie. Postawienie na jedną stałą perspektywę byłoby moim zdaniem rozsądniejsze.

Przejdźmy jednak do przyjemniejszej strony tego tytułu, czyli warstwy merytorycznej. Cała konwencja opiera się na rozmowach autorów z różnymi osobami, które reprezentują węgierski styl i mentalność. Prócz byłych zawodników, którzy dożyli naszych czasów i porozmawiali z twórcami książki (jak Jenő Buzánszky), swoje opinie na temat tej historycznej drużyny przedstawili także dziennikarze, politycy, czy artyści. 11 postaci, 11 opinii, 11 punktów widzenia. Skonfrontowane z trzema światopoglądami wypadają dobrze. „Mistrzowie bez tytułu” to wciągająca książka, w której piłka nożna jest poniekąd tylko tłem opowieści. Najlepsza węgierska drużyna jest tutaj często punktem wyjścia do dużo poważniejszych rozmów, a całość staje się niezwykle interesująca dzięki przemycaniu obrazu Węgier jako narodu ogółem. To nie jest tylko książka sportowa, ale książka społeczna, wyjaśniająca historię kraju, jego bieżącą politykę, genezę powszechnego przyzwolenia na korupcję, czy obecności w tutejszym sporcie biedniejszej wersji rosyjskich oligarchów.

Jako się rzekło, autorzy ostatecznie porozmawiali z jedenastoma osobami.  Mowa o Krzysztofie Vardze, Györgu Szöllősim, Áronie Máthé, wspominanym już Jenő Buzánszkym, Gyuli Grosicsu, Lajosu Faragó, Szabolcsu Benedeku, Péterze Bozsiku, Tadeuszu Olszańskim, Hubercie Kostce i Viktorze Kassaiu. Osobny rozdział poświęcony został zaś flagowemu projektowi aktualnej klasy politycznej na Węgrzech, czyli Akademii Puskasa. Cały zgromadzony materiał zamknął się ostatecznie w niewiele ponad 250 stronach.

„Mistrzowie bez tytułu” to bardzo dobra książka historyczna, która podejmuje temat dotąd niewyczerpany. Choć napisana jest w odrobinę nierównym stylu – widać różnice pomiędzy wstępami do poszczególnych rozdziałów – ostatecznie jest publikacją, która doskonale uzupełnia rynek polskiej literatury sportowej. Debiut tercetu dziennikarzy zasługuje na pochwałę.

Książkę czytałem w formie PDF przed ostateczną korektą, więc wierzę, że zdarzające się błędy i powtórzenia zostały przed jej wydaniem wyeliminowane.

Krzysztof Baranowski

Książka została przekazana do recenzji przez wydawcę.