Marketingowe zaplecze, czyli jak promują się wydawcy

Coroczne raporty Biblioteki Narodowej zwalają z nóg. W 2016 roku aż 63,5% Polaków nie przeczytało przez 365 dni choćby jednej książki, a prawie połowa obywateli omijała wówczas teksty dłuższe niż trzy strony. Istotne jest zatem, aby maksymalizować możliwość dotarcia do potencjalnych nabywców. Książki, będące źródłem wiedzy i poszerzające zasoby słownictwa, stymulant wyobraźni, podawane muszą być czytelnikom w sposób ciekawy. Rynek literatury sportowej daje wydawcom możliwości marketingowe, które niektórzy wykorzystali w innowacyjny sposób.

Promocja książek już dawno nie sprowadza się tylko do spotkań autorskich, choć wciąż to jedna z najpopularniejszych metod kontaktu z potencjalnymi nabywcami – wszak nic nie działa na wyobraźnię lepiej, niż możliwość zakupu  nowej publikacji i zdobycia podpisu ulubionego autora bądź sportowca.  Takie spotkania uzupełniane są jednak przez  nowe, oryginalne pomysły.

Wspieraj klub z okładki, angażuj czytelników

Jednym z typowych sposobów komunikacji z klientami poprzez ich zaangażowanie są działania związane z umieszczeniem imienia i nazwiska kibiców na okładkach książek. Tego typu działania wykorzystane zostały w ostatnich latach przy okazji historycznych pozycji o włoskim Juventusie, angielskim Manchesterze United FC, hiszpańskiej FC Barcelonie, czy ostatnio – niemieckim Bayernie. Ich mechanizm jest prosty – przed premierą wydawca za pośrednictwem internetowego formularza zaprasza chętnych do podania swoich danych osobowych. Po zapisach, imiona i nazwiska wraz z miastem fana trafiają jedne po drugich na okładkę lub do wnętrza książki. Dzięki temu każdy kibic danego zespołu może poczuć się częścią tej publikacji. Starsi czytelnicy na pewno pamiętają sytuację, w której do domu przysyłana była nowa książka telefoniczna. Każdy wówczas siadał i sprawdzał, czy znalazł się na liście. W przypadku książki po premierze każdy może poszukać swoich danych na okładce – czy znalazłem się na froncie? Czy może jednak trafiłem na drugą stronę?

Ambitny cel postawił przed sobą wydawca autobiografii Andresa Iniesty („Andres Iniesta. Artysta futbolu. Gra mojego życia„, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2016), który za pośrednictwem fanów FC Barcelony chciał zaprosić głównego bohatera opowieści do Polski. Czytelnicy mieli zrobić zdjęcie lub nagrać film, opublikować je w mediach społecznościowych ze specjalnym hashtagiem, a najlepsze prace zostały zebrane i zamieszczone w okolicznościowym albumie. Ten został wysłany wraz z zaproszeniem do odwiedzenia naszego kraju do zawodnika, jednak ostatecznie Iniesta w Polsce się nie zjawił. Szkoda.

Promocja dla wybranych

Wielu Wydawców współpracuje z dziennikarzami i blogerami, którzy w zamian za egzemplarz recenzencki przygotowują dłuższe lub krótsze informacje na temat danej publikacji – czy to na stronie internetowej, czy w mediach społecznościowych. Czasem w przypadku osób o dużej liczbie fanów wystarczy, że wrzucą po prostu zdjęcie z daną książką. W związku z tym, zdarza się, że do przesyłek dołączone są  różne „prezenty” promujące tytuł, mające przyciągnąć uwagę potencjalnych nabywców.

W przypadku kolarskiej opowieści Juliet Macur o dopingu stosowanym przez Lance`a Armstronga („Wyścig kłamstw. Upadek Lance`a Arsmtronga„, Wydawnictwo Sonia Draga, 2014) do egzemplarza recenzenckiego dołączony był bidon z logiem wydawcy, który faktycznie przydawał się podczas rowerowych wycieczek.

Trend ten wykorzystał także Nikodem Pałasz, autor powieści osadzonych w świecie sportu, z których pierwszą była „Brudna gra” (Wydawnictwo Muza, 2014) o morderstwie światowej gwiazdy tenisa. Wybrańcy dostali wówczas pocztą książkę z zafoliowaną (na wzór zapakowanych przez policję dowodów zbrodni) zakrwawioną piłką tenisową.

Zwierzenia anonimowego fanatyka o środowisku polskich kibiców („Fanatycy. Futbol na śmierć i życie„, Wydawnictwo Sine Qua Non, 2017) nie były książką wybitną, ale sama jej oprawa przy wprowadzeniu na rynek była  bardzo ciekawa. Co kojarzy się z zadymami na polskich stadionach? Chuligani w kominiarkach. Jak dostarczona została ta publikacja do dziennikarzy? Spójrzcie sami:

źródło: konto na Twitterze Krzysztofa Stanowskiego (https://twitter.com/K_Stanowski/status/925023861132759041)

W 2015 roku Carlo Ancelotti przedstawiał się jako „Nienasycony zwycięzca” (Wydawnictwo Sine Qua Non), a do promocji tej lektury wydawca wykorzystał fragment z samego początku jego opowieści. Przytoczmy zatem rzeczony fragment:

Jeden jedyny raz w życiu miałem poczucie, że przydałby mi się psychiatra. Patrzyłem na Jurija Żyrkowa, a widziałem tylko stek wołowy. Idealnie zgrillowany, soczysty, parujący, półkrwisty. Spojrzałem Jurijowi prosto w oczy i nagle stwierdziłem, że umieram z głodu. W sumie to nic nowego. Mięso, ryby, coca-cola, salami, mortadela, pecorino romano, kawał gorgonzoli, ryba z frytkami, tort, poobiedni drink, spaghetti, kokardki, pesto, sos boloński, żeberka, gulasz z cielęciny, zakąska, przystawka, danie główne, deser, a nawet – raz jeden, w sanktuarium nouvelle cuisine w północnych Włoszech – espresso z ziaren kawy wyhodowanej na kompoście bazującym, o ile mi wiadomo, na własnym nawozie rolnika. Można powiedzieć, że próbowałem już w życiu wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić, ale jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby głód wywołał u mnie piłkarz. Cóż, jakkolwiek by było, właśnie o tym myślałem w tamtej chwili: poczułem jakieś nowe, dziwne łaknienie. Być może miało to coś wspólnego z widelcem, który leciał mu właśnie prosto w twarz. Trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę trajektorię sztućca, było w tym coś niezwykle eleganckiego. Nie wiedziałem, kto nim rzucił, nie ulegało jednak najmniejszej wątpliwości, w kogo miał trafić. Z balistycznego punktu widzenia był to rzut doskonały. Widelec cicho przecinał powietrze, niczym zupełnie zidentyfikowany obiekt latający. Brakowało talerza, noża i łyżki, choć rzecz działa się w restauracji, pośród stołujących się w niej ludzi, czyli nas, członków drużyny Chelsea Football Club. Znajdowałem się tam ja, trener z lekką skłonnością do przybierania w pasie, a także głodni zwycięstwa zawodnicy. Był też i on – rosyjski pomocnik posiadający mnóstwo rozmaitych talentów i jedną wadę: nie umiał śpiewać. Po prostu strasznie się wydzierał.

Ten niewątpliwie oryginalny wstęp był podstawą chyba najciekawszej akcji marketingowej, w której książka zapakowana została w opakowania z napisem „Smacznego”, a wewnątrz znaleźć można było własnie widelec. Sama informacja prasowa zapowiadająca tę publikację również utrzymana była w dość kulinarnym tonie.

Autorscy kurierzy

Sportowa Książka Roku  2014, czyli wspomnienia Grzegorza Szamotulskiego („Szamo„, Wydawnictwo Buchmann, 2014) promowana była w bardzo interesujący, niespotykany do tego czasu sposób. W ramach promocji sklepu Weszło autorzy publikacji, czyli jej główny bohater oraz Krzysztof Stanowski zamienili się w kurierów. Wybrani klienci, którzy zamówili książkę dostali ją od nich osobiście, a całość zarejestrowana została na YouTube, gdzie materiał dotarł do tysięcy użytkowników. Na bazie tego sukcesu zaplanowana została  promocja zeszłorocznej Sportowej Książki Roku w kategorii Biografie. Grzegorz Tkaczyk, były piłkarz ręczny, również samodzielnie dostarczył wybrane egzemplarze swoich wspomnień losowo wybranym nabywcom książki.


Krzysztof Baranowski




Skomentuj: