Kurtyka. Sztuka wolności Relacja ze spotkania autorskiego

Kurtyka. Sztuka wolności

Patronat
8.6

Kurtyka. Sztuka wolności Relacja ze spotkania autorskiego

Wieczór 30 stycznia był dla fanów gór dniem szczególnym. To właśnie wtedy, w Centrum Premier Agory w Warszawie, Wojtek Kurtyka i Bernadette McDonald spotkali się z dziennikarzami i czytelnikami, aby promować książkę „Sztuka wolności”, która swoją premierę będzie miała 1 lutego. Choć główny bohater ma już 70 lat,  to jego pierwsza biografia, która – jak zapowiada wydawca – jest poruszającą opowieścią o wybitnym, ale i skomplikowanym indywidualiście, który konsekwentnie przez całe życie unikał rozgłosu.

Główny bohater, swoje pierwsze kroki na ścianach stawiał w 1968 roku w Tatrach.  Pomimo tego, że jego wyprawy miały zwykle sportowy charakter, jego podejście do zdobywania szczytów oceniane było jako tego przeciwieństwo. Kurtyka bowiem wspinaczkę uznawał zawsze jako sztukę, a nie wybitne osiągnięcia.

Podczas tego  długiego spotkania poruszonych było wiele wątków, niekoniecznie związanych z samą książką, które zachęcają do sięgnięcia po nową lekturę Wydawnictwa Agora, bo przedstawiają bohatera opowieści w sposób niezwykle ciekawy i intrygujący.

Kurtyka zapytany o temat śmierci w górach z początku wykazał się poczuciem humoru, jednak ostatecznie podjął ten ciężki temat: –  Ja myślę, że [to dzieje się – przyp. red.] głównie dlatego, bo płyny fizjologiczne zamarzają w temperaturze -5, albo -10 stopni. To podstawowy powód. Warto zadać sobie pytanie, dlaczego wystawiamy się na ryzyko owego zamrożenia. Myślę, że wiąże się to trochę z tytułem tej książki. Prawdopodobnie człowiek ma w sobie zakodowaną bardzo silną potrzebę przekroczenia własnych ograniczeń. W istocie jest to jeden z najważniejszych aspektów wolności egzystencjalnej – wykroczyć poza własny strach, poza własny ból i cierpienie. Alpinizm wysokościowy jest właśnie taką formą nieustannego, uporczywego, obsesyjnego przełamywania swojej własnej bariery. Myślę, że w tym sensie jest właśnie „Sztuką wolności”.  Temat o tyle istotny, bo wciąż żywe  są w nas wspomnienia o Tomaszu Mackiewiczu, który kilka dni temu zginął na Nanga Parbat. Nie mogło  go zatem zabraknąć w wypowiedzi Kurtyki:

Taka postawa była silnie widoczna u Mackiewicza. Niewątpliwie była to też kwintesencja wspinania się Jurka Kukuczki, dla którego alpinizm istniał tylko w tym wymiarze. To, co spotkało Tomka wynikało z niepohamowanego dążenia do osiągnięcia własnego celu i własnego kresu. Bardzo żałuję, ale niestety Tomka nigdy osobiście nie poznałem, ale bardzo śledziłem jego losy i jego śmierć jest dla mnie niesłychanie osobistą stratą. To utrata jednego spośród nas, jednego z najbardziej wolnych i niezależnych ludzi, postępujących niestandardowo. To, co robił w swoim himalaiźmie, jest czymś absolutnie niebywałym. Zdumiewa, że to pierwsze wejście na ośmiotysięcznik w alpejskim stylu jest dziełem człowieka, który nie przeszedł przez żadne kursy wspinaczkowe, który właściwie nie przeszedł mozołu technicznego wspinania. On podążał za jakimś fantastycznym instynktem kreatywnym. Postrzegałem go jako najbardziej pokrewną duszę, być może w całym polskim wspinaniu. To dla mnie strasznie przykra strata.

Fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta

Nie zawsze   cel dało się zrealizować według przyjętych reguł. Kurtyka to wiedział.

Intencja zrobienia czegoś nielegalnie, nie była intencją samą w sobie. Ta nielegalność pojawiała się niejako po drodze, stawała się koniecznością w tamtych realiach – po prostu inaczej się nie dało. Moją zasługą w owej nielegalności było to, że potrafiłem się na nią zdobyć i nie byłem przeniknięty posłuszeństwem wobec reguł. Bardzo często są one czymś sztucznym. Mnóstwo jest reguł, które zupełnie nie mają sensu – począwszy od systemu fiskalnego, kończąc na życiu religijnym. To była naturalna zdolność do ignorowania absurdu w przepisach.

Człowiek w górach wysokich często jest obserwatorem lub uczestnikiem sytuacji granicznych, balansując pomiędzy życiem a śmiercią. Na takiej granicy balansował także Kurtyka.

Miałem taką sytuację na Gaszerbrum IV. Nie było tam żadnego dramatu wewnętrznego. Z dużym spokojem czekałem na rozwój sytuacji i miałem pełną świadomość, że jeżeli załamanie pogody potrwa jeszcze kolejny dzień to zamienimy się w bryłkę lodu. Ta świadomość była tak zadziwiająca, że szczypałem własne udo, żeby doznać przyjemności, czym jest żywe ciało. Byłem przygotowany na własny koniec.

Fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta

Jestem w trakcie czytania „Sztuki wolności” i trzeba przyznać, że to bardzo ciekawa publikacja, która dzięki temu, że wyszła spod pióra Bernadette McDonald,  ma przystępny styl i czyta się ją z łatwością. Zdaje się mieć w sobie cechy uniwersalnej publikacji – trafić bowiem powinna nie tylko do wielkich fanów górskich wypraw, ale również do czytelników, którzy nie są związani z tą dyscypliną, a oczekują od książki po prostu ciekawej historii. Taka właśnie jest „Sztuka wolności”.

Krzysztof Baranowski